Mój Sandomierz

Polub nas na Facebooku

Gdzie spędzić wiosenny weekend? Ja zapraszam na wycieczkę do urokliwego nadwiślańskiego miasta – mojego rodzinnego Sandomierza.

Już samo jego położenie jest niezwykłe: wzgórza nad Wisłą, jedyne na świecie błogosławione miejsce, gdzie lessowe zwały Wyżyny Sandomierskiej spadają rozświetlonymi słońcem skarpami na zamglone nadwiślańskie niziny.

DSC_0225

Warto tu przyjechać o każdej porze roku! Wiosna powita nas zapierającym dech w piersiach widokiem kwitnących na wzgórzach tysięcy moreli i jabłoni. Lato urzeknie zapachem owoców i zwałami chmur kłębiącymi się nad kolorowymi dachami kamieniczek i wieżami kościołów. Jesienią cały Sandomierz jest jednym wielkim zagłębiem jabłek… i tylko tu – jesienie są dwie. Ta druga to niezwykłe kolory w mieniącym się w chłodnym, zamglonym powietrzu, nagie sylwetki drzew i liście wirujące na tle starych murów. Cudownie jest też zimą, kiedy w śniegu kamieniczki skrzą się jak świąteczne cacka na choince. Dla mnie pięknie jest tu nawet w porze marcowych roztopów nadających miastu urok zapomnianego miejsca na ziemi…

Ze względu na swoją skalę Sandomierz znakomicie nadaje się na weekendowy wypad. Dwa dni wystarczą, żeby poznać atrakcje kameralnej Starówki, rozciągniętej wokół pochyłego rynku z renesansową perełką ceglanego ratusza, starą studnią i urokliwymi kamieniczkami. Od rynku właśnie należy zacząć wycieczkę w przeszłość, zagłębiając się w czasy, kiedy miasto było stolicą księstwa, ważnym handlowym portem wiślanym i centrum kulturalnym. Znana była pszenica „sandomierka”, a w XVI wieku miasto słynęło ze świetnych lekarzy! Wisła płynęła wtedy tuż pod wzgórzem zamkowym, wzdłuż niej kwitły spichlerze pełne zboża, wędrującego aż do Gdańska. W okresie największego rozkwitu Sandomierza, w znacznie łagodniejszym niż dziś klimacie, na południowych stokach wzgórz uprawiano z powodzeniem winorośl, a słynne sandomierskie wina zalegały w piwnicach zamożnych mieszczan. Piwnice te, dłubane bez większego trudu w lessowych pokładach, ciągną się pod całym miastem

Zachwycaniezbadanym
kilkupoziomowym labiryntem. Część z nich udostępniona jest zwiedzającym jako uporządkowana podziemna trasa turystyczna, którą koniecznie trzeba obejrzeć. Wejście do niej znajduje się w kamienicy Oleśnickich z pięknym renesansowym podcieniem, położonej w górnej pierzei rynku. W kilku malowniczych kamieniczkach mieszczą się stylowe kawiarenki i restauracje, jak choćby ta „Pod Ciżemką”, której nazwa wzięła się od znalezionej w czasie remontu średniowiecznej ciżemki. Na rynku można też spotkać kwiat polskiego rycerstwa! To nie żart, tutejsza Chorągiew Rycerstwa Ziemi Sandomierskiej słynna już w całej Polsce, dysponuje wieloma formacjami zbrojnymi, a swą zbrojownię ma właśnie w kamienicy Oleśnickich.

Miasto, rozciągnięte malowniczo na kilku wzgórzach, porównuje się nieraz do włoskiej Perugii, lub nawet… do Rzymu! To już jednak zbyt daleko idące porównania. Sandomierz to po prostu Sandomierz, jedyny w swoim rodzaju. Nigdzie nie idzie się tu prosto i równo, zawsze w górę lub w dół; nawet rynek jest stromy. Żartuję niekiedy, że do każdej szkoły miałam tu „pod górkę”.

Najwspanialsza sandomierska szkoła to oczywiście Collegium Gostomianum, dawne kolegium jezuickie wybudowane staraniem kasztelana sandomierskiego Hieronima Gostomskiego – stąd jego nazwa. Z dawnego założenia klasztornego pozostało jedynie wschodnie skrzydło szkolne, rozparte dumnie na skarpie. Szkoła tam była od zawsze, a właściwie od 1602 r., ma więc ponad 400 lat! Obecnie, po gruntownej przebudowie, uczniowie mieszczącego się tu liceum mają naprawdę świetne warunki do nauki. Ja jednak z łezką w oku wspominam zawsze zimne sale i korytarze (nic dziwnego – mury mają ponad metr grubości!) oraz węglowe piece, w których palili sami uczniowie. Był to obowiązek klas maturalnych, które traktowały to śmiertelnie poważnie. Pamiętam, że koledzy (wyłącznie panowie) wyznaczeni do palenia w piecach przychodzili w dniu tego dyżuru już o siódmej rano, w garniturach i „pod krawatem”. Ot, taki snobizm… Były też wagary na skarpie przy szkole, gdzie rósł stary orzech – na jego konarach mieściła się cała moja klasa. Były potajemne, surowo zakazane wyprawy na strych szkoły, albo w jej piwniczne lochy – obecnie pięknie zagospodarowane.

Przed lekcjami wpadało się „na paciorek” do sandomierskiej katedry, kolejnej perełki architektonicznej. Wybudowana w stylu gotyckim (polskim gotyckim, w proporcjach zdecydowanie łagodnych), zaskakuje przepychem barokowego wnętrza. Przy okazji niedawnej renowacji doprowadzono do pełnej świetności oryginalne freski bizantyńsko-ruskie na ścianach prezbiterium. Zachwycają niezwykłym rysunkiem i stonowaną, wręcz nowoczesną kolorystyką, a powstały na zlecenie Władysława Jagiełły. Wracając spod Grunwaldu, pozostawił on też w katedrze niezwykły krucyfiks, podobno zrabowany z jakiegoś kościoła krzyżackiego…

Z murku przy katedrze, gdzie tak dobrze czytało się pod lipami, widać sąsiedni zamek książąt sandomierskich, dominikański kościół św. Jakuba na sąsiednim wzgórzu i zamglony zakręt Wisły w oddali. Stary ceglany kościół – część dawnego założenia klasztornego – jest jednym z najcenniejszych zabytków architektury romańskiej w Polsce. Lokowany na wzgórzu, poza murami miejskimi, zbudowany z glazurowanych cegieł, niegdyś świecił w promieniach słońca jak toruński pierniczek. Niestety, to właśnie z powodu tego położenia wydany był na pastwę wrogów, w szczególności Tatarów, którzy oblegając miasto nie mieli skrupułów ani też większych trudności ze zdobyciem klasztoru i wymordowaniem zakonników. Kościół, kilkakrotnie palony, stracił swoją piękną glazurę, a z zabudowań klasztornych ostała się tylko część. Surowe, harmonijne wnętrze emanuje spokojem, sprzyja refleksji i rozmyślaniom. Niedawno po długiej nieobecności powrócił tu zakon dominikanów i szybko zdobył sobie serca mieszkańców. Podczas nabożeństw kościół jest zawsze pełny. Przez uchylone drzwi wpada letnie słońce, zieleń i zapach starych lip. Niektóre z nich są równie wiekowe jak sam kościół, a według legendy dotyczącej jego powstania, zostały posadzone przez św. Jacka Odrowąża korzeniami do góry. I wyrosły lipy tak zasadzone, i pszczoły z ich kwiecia pył złoty brały, i z pracy ich woskowe świece na ołtarzu nowego kościoła zapłonęły…

Nie chcę szczegółowo opisywać sandomierskich zabytków, czy też związanych z nimi urzekających legend. To rola przewodników, z którymi oczywiście warto się zapoznać. Ale radziłabym oderwać się nieco od zwykłych tras wycieczkowych i pooddychać niezwykłą atmosferą samego miejsca. Można powędrować po okolicznych wzgórzach, poprzecinanych głębokimi lessowymi wąwozami. Można też poszukać nietypowych ujęć panoramy miasta, choćby przeprawiając się w tym celu na przeciwległy brzeg Wisły lub w pobliskie Góry Pieprzowe. Widok od strony Wisły, z ostrą iglicą katedry, dachem zamku, dominującą bryłą Gostomianum i całą gromadą kolorowych kamieniczek należy do najpiękniejszych w Polsce. Można go porównywać z panoramą Grudziądza, Torunia czy Płocka, choć chyba więcej w Sandomierzu fantazji i różnorodności. Ale ja bardziej lubię panoramę widzianą od strony zachodniej, z okolic cmentarza przy barokowym kościele św. Pawła, przycupniętym na sąsiednim wzgórzu, zwłaszcza z chmurami kwitnących jabłoni… Ostatnio odkryli ją też realizatorzy „Ojca Mateusza”, co stwierdziłam z satysfakcją, bo dotąd biedny ksiądz jeździł swym rowerem wciąż tą samą trasą, po rynku w górę i w dół, a miasto też kazał nam oglądać tylko z jednej strony…

Miłośników sztuki zapraszam do galerii malarstwa w północnej pierzei rynku – można tam znaleźć naprawdę niesamowite rzeczy, dzieła sandomierskich (i nie tylko) malarzy. Jest też świetny antykwariat na ulicy Opatowskiej. Przede wszystkim jednak polecam wizytę w galerii fotografiki Ewy Sierokosz na tejże ulicy. Pani Ewa to niezwykła postać, pasjonatka od lat fotografująca Sandomierz. Można ją spotkać o różnych porach dnia i nocy czatującą z aparatem w pogotowiu na upragnione ujęcie w jedynym wyczekanym promieniu słońca. I powstają z tego perełki, prawdziwe dzieła sztuki, które podziwiamy potem na licznych wystawach, a także w jej galerii.

Życie kulturalne tętni tu teraz intensywnie, zwłaszcza w porze letniej dzieje się zaskakująco dużo. Wspomnieć należy lipcowy festiwal szant i piosenki wodniackiej „Dookoła wody” – ślad po portowo-flisackich tradycjach miasta. W sierpniu odbywa się świetny festiwal „Muzyka w Sandomierzu”, a przez całe lato koncerty organowe w katedrze. W każdy letni weekend w samo południe pod ratuszem tańczą damy i rycerze, a właściwie zawsze możemy trafić tu na jakąś imprezę.

Okolica słynie z żyznych gleb i uprawianych tu owoców, a zwłaszcza z jedynego chyba w Polsce „zagłębia morelowego”, lecz uprawiane są też jabłka, gruszki, fantastyczne brzoskwinie, pomidory i warzywa, jakie tylko sobie wymarzysz. Można bardzo tanio „obkupić się” we wszelkie płody sandomierskiej ziemi – tuż pod miastem, na położonej na nadwiślańskim błoniu Targowicy – największym targowisku owoców i warzyw w tej części Polski. Działa non stop. W sobotnie ranki natomiast odbywa się tu giełda samochodowa oraz targ rzeczy wszelkich. Warto zajrzeć!

Sandomierski dzień najlepiej zakończyć krótkim rejsem po Wiśle. Z pokładu statku, wypływającego z nadrzecznej przystani jeszcze raz można zachwycić się jedyną w swoim rodzaju panoramą miasta. W zachodzącym słońcu, w strugach deszczu czy w świetle reflektorów podświetlających w nocy budynki – zawsze jest urzekająco piękna.

P1070429 P1070434 P1070444

Tekst: Anna Kowalska
Fot. Janusz Kowalski i Marcin Dębowski