Olga Morawska – pamiętaj, że TY ŻYJESZ

Polub nas na Facebooku

Olga Morawska w rozmowie z Matyldą Młocką

Matylda Młocka: W górach wysokich w ostatnim czasie miało miejsce wiele śmiertelnych wypadków. Zginęli też polscy himalaiści: Artur Hajzer, Maciej Berbeka, Tomasz Kowalski. W jakiej sytuacji znaleźli się ich bliscy? Czy mogli być przygotowani na najgorsze?

Olga Morawska: W rodzinach, w których ktoś uprawia sporty tzw. ekstremalne myśl, że może się zdarzyć to, co najgorsze jest, ale zarówno w tych osobach jak i w ich rodzinach głęboko schowana, a nawet zablokowana. Nie dopuszczamy jej do siebie. Jeśli chodzi o wydarzenia na Broad Peaku najtrudniejsze dla rodzin było to, że bardzo długo nie było wiadomo, co się właściwie stało.

morawska

Dodatkowo cała Polska brała udział w tych tragicznych wydarzeniach…

Rzeczywiście, to co zafundowały rodzinom media było bardzo trudne do zniesienia. Podejrzewam, że bliscy himalaistów chcąc chronić siebie nie oglądały w tych dniach telewizji. Śmierć sportowców odbywała się na oczach mediów. Coś takiego nie miało jeszcze miejsca w tym środowisku. To musiało być bardzo trudne.

W jaki sposób można rodzinom pomagać?

Na pierwszym etapie żałoby większość przyjaciół ma potrzebę, żeby tych ludzi wspierać. Chce do nich pojechać, zadzwonić, porozmawiać. Niektórzy z nich nawet na taki ruch się zdecydują. Część znajomych, to wiem z własnego doświadczenia, jest również w stanie pomagać w dłuższej perspektywie.

Wielu z nas boi się jednak skontaktować ze znajomymi, którzy przeżywają śmierć bliskiej osoby. Nie wiemy jak o tym rozmawiać.
Przeżywanie żałoby jest rzeczą naturalną. To jest normalny proces, który towarzyszy osobie tracącej kogoś bliskiego. Jednak krąg przyjaciół także pozostaje w żałobie, przeżywa stratę. Towarzyszenie rodzinie po śmierci bliskiej osoby to opowieść o cierpliwości.

W jakim sensie?

Czasami żałoba trwa bardzo długo, a osoba, która ją przeżywa jest rozchwiana emocjonalnie. Przeżywa skrajne emocje, często przechodzi z płaczu do śmiechu i odwrotnie. Nie jest łatwo wytrzymać z kimś takim.

Może osoba w żałobie nie potrzebuje obcych w tym czasie? Może powinna być sama?

Najbardziej obecności innych brakuje na kolejnych etapach, bo im dłużej od śmierci bliskiej osoby, tym trudniej jest sobie poradzić z codziennym życiem. Wtedy właśnie potrzebni są przyjaciele albo obce osoby, które coś podobnego przeżyły. Często słyszmy, że „nie zrozumie mnie nikt, kto tego nie przeżył”. I jest w tym sporo prawdy.

Dlaczego?

Mam oczywiście znajomych, którzy nie przeżyli czegoś podobnego, ale kiedy spotykam osoby, które doświadczyły nagłej straty kogoś bliskiego to mam wrażenie, że nie muszę im niczego tłumaczyć. Łatwiej jest z takimi osobami po prostu rozmawiać. Jest także pozawerbalna więź i zrozumienie. Ważny jest również przykład osób, którym udało się to przeżyć, które ruszyły naprzód.

Czy nie ma Pani wrażenia, że śmierć w naszym społeczeństwie jest swego rodzaju tematem tabu?

Oczywiście, że tak. Od momentu, kiedy zginął Piotrek minęło już pięć i pół roku. Mam wrażenie, że to jest na tyle dużo, żeby złapać przez ten czas dystans. Tymczasem zdarza mi się, że jeśli w jakimś gronie, podczas spotkania towarzyskiego, ktoś usłyszy, że jestem wdową to rozmowa nagle się usztywnia. Tworzy się bariera nie do przełamania. Nie potrafimy rozmawiać o śmierci.

Z czego to wynika?

Nie mamy społecznych dobrych wzorców, nie wiemy jak się zachować i właśnie po to, żeby zmienić sytuację założyłam Fundację „Nagle Sami”. Nie chcę, żeby śmierć była tematem, który w mediach i w naszej świadomości istnieje tylko 1 listopada. Przecież jest ona częścią naszego życia.

To bolesny temat…

Ma Pani rację, ale dobrze przeżyta żałoba może doprowadzić do tego, że osoba, która umarła pozostanie w nas, jako ciepłe wspomnienie. Zaczniemy myśleć: szkoda, że go już nie ma, ale miałam to szczęście, iż przez jakiś czas był ze mną. Można wtedy spokojnie robić dalej rzeczy, które ta osoba lubiła oraz celebrować wspomnienia. Nie wszyscy są jednak otwarci tak jak ja, wiele osób się zamyka i nie chce o tym rozmawiać. Bo mają wrażenie, że nie wypada, że nie ma potrzeby. W Fundacji uczymy się rozmawiać o śmierci.

Kto najczęściej i z jakimi sprawami zgłasza się do Fundacji?

Na początku jest potrzeba opowiedzenia o swoim doświadczeniu, podzielnia się z kimś. Po wyrzuceniu z siebie tego, następnym krokiem jest podjęcie terapii bądź dołączenie do grup wsparcia. Zgłaszają się też osoby z problemami prawnymi, które mają ponieważ czegoś nie dopilnowały, bo nikt im nie powiedział, że trzeba. Dlatego spisałyśmy coś w rodzaju poradnika, co trzeba załatwić krok po kroku. Wiele jest spraw urzędowych do załatwienia, o których nie mamy pojęcia.

Częściej zgłaszają się kobiety czy mężczyźni?

Kobiety, bo one są bardziej otwarte na mówienie o emocjach i chcą się nimi dzielić. Nad tym ubolewamy, bo chcielibyśmy pomagać także mężczyznom. Oni zazwyczaj szybko układają sobie drugie życie, wchodzą w nowy związek, często w taki, który nie rokuje na przyszłość. Wielu z nich chce być twardzielami, którzy uważają, że sobie sami dadzą z tym radę. W efekcie latami trwają w załamaniu nerwowym.

Co z dziećmi w takiej sytuacji?

Sporo rodziców zgłasza się do nas z pociechami. To jest dla mnie źródło największej radości. W Warszawie prowadzimy grupę wsparcia dla dzieci. Mam wrażenie, że temat dzieci, które straciły rodzica czy rodzeństwo nie istnieje. Tak jakby one nie przeżywały żałoby. To jest związane z tym, że dorośli są skupieni na swoim smutku i mają nadzieję, że dzieci jakoś sobie same poradzą.

A jak jest naprawdę?

Bardzo często dorośli zwyczajnie nie mają siły żeby zająć się dziećmi w takiej sytuacji. Dlatego, kiedy dzieci przychodzą do fundacji do grupy wsparcia, to mam poczucie, że naprawdę dużo dla nich robimy, że im pomagamy. Mam nadzieję, iż dzięki nam będzie im po prostu łatwiej z tym doświadczeniem żyć.

W jaki sposób rodzice mogą z dziećmi rozmawiać o śmierci?

Trzeba chcieć w ogóle z nimi rozmawiać. To jest bardzo łatwo powiedzieć, a dużo trudniej zrobić. Młodsze dzieci, co jakiś czas mają zestaw nowych pytań. U dorosłych żałoba się w pewnym momencie kończy, a u dzieci się „sączy”. Co jakiś czas wraca, bo im się przypomina, bo mają nowe pomysły na umiejscowienie tej osoby w swoim życiu. Mówią na przykład – a gdyby tata żył to byśmy razem jeździli na rolkach.

Dorosłym jest wtedy pewnie bardzo przykro…

Tak, ale na takie pytania czy stwierdzenia trzeba cierpliwie odpowiadać. Czasami te pytania są śmieszne, ale trudno. Jeden z moich synów miał na przykład pomysł, że skoro dinozaury w bajkach żyją i że w jednej z kreskówek udało się dinozaura wskrzesić to może tę samą metodę można zastosować na tacie. Często się w tym gubię i wtedy pytam psychologów jak odpowiadać. Warto korzystać z pomocy specjalistów.

W wielu wywiadach podkreśla Pani, że chce odczarować wizerunek wdowca i wdowy. Jaki on jest?

Kiedy zostałam wdową moje pierwsze skojarzenie było takie, że jest to starsza pani, która siedzi na ławeczce i karmi ptaki. Miałam 33 lata. W naszej kulturze są dwa modele: albo wesoła wdówka, czyli w ogóle mnie to nie obeszło, nie przejęłam się, układam sobie życie na nowo i jest wspaniale albo wieczna wdowa. Pożądana jest wieczna wdowa, która chodzi codziennie na cmentarz, zmienia kwiaty i zapala znicze. To jest przerażające.

W jaki sposób chce pani ten wizerunek zmienić?

Pracujemy w Fundacji nad kampanią społeczną, która mam nadzieję ruszy jesienią. Będzie można ją obejrzeć w Internecie, a być może także w telewizji. Hasłem kampanii będzie: „Pamiętaj, że Ty żyjesz”. W spocie pojawią się znane osoby, które mają podobne doświadczenia. Kampania ma pokazywać, że warto jest pójść dalej. Z Fundacją Rak’n’Roll opracowujemy także program dotyczący aktywizacji wdowców.

Aktywizacja wdowców? Co to takiego?

Ważne jest uczestnictwo w grupach wsparcia dla dorosłych, konsultacje z psychologiem, terapia. Jednak chcemy też organizować wspólne wyjścia do kina czy kawiarni. Sama wiem, że w pewnym momencie jest bardzo trudno wyjść z domu. Praca oraz dom są bezpieczne, a wyjście do kina czy teatru wydaje się wprost niemożliwe. Będziemy zachęcać ludzi do tego, żeby chcieli wrócić do społeczeństwa.

Fundacja „Nagle Sami” walczyła między innymi o to, żeby zmienić formę komunikatu wyświetlanego w elektronicznym systemie tablic informacyjnych, znajdujących się w Wydziałach Obsługi Mieszkańców w Warszawie. Chodziło o komunikat „zgony”. Po co?

Udało nam się to zrobić. Teraz wyświetla się komunikat: „zgłoszenie i rejestracja zgonu”. Kiedy po raz pierwszy poszłam do urzędu, żeby wziąć odpis aktu zgonu i zobaczyłam na tablicy napis: zgony liczba oczekujących 0 to pomyślałam, że to po prostu nieludzkie. Człowiek, który przychodzi tam jest zazwyczaj w słabym stanie psychicznym i jeszcze spotyka się z brakiem wrażliwości. Trudne emocje oraz wspomnienia w jednej chwili wracają.

Poza działaniem w Fundacji pisze pani książki. Skąd ten pomysł?

Piotrek pisał książkę, chciał ją wydać. Po jego śmierci stwierdziłam, że trzeba to dzieło dokończyć. Zaczęłam szukać wydawców, zapytałam w National Geographic i zgodzili się. Kiedy przygotowywałam książkę do wydania zauważyłam, że ja po prostu lubię pisać, bo jest to dla mnie uspokajające. No i tak się zaczęło.

Czy nie spotyka się pani z zarzutami, że wdowa nie powinna być szczęśliwa, a Pani przecież bardzo często się uśmiecha?

Oczywiście, że spotykam się z krytyką i często mnie ona boli. Na szczęście dostaję też słowa poparcia dla mojej działalności. Uważam, że część krytykujących mnie ludzi jest po prostu niesprawiedliwa. Nikt nie wie jakim kosztem się to wszystko dzieje, ile mnie to kosztuje zdrowia oraz emocji. Jednak ja wierzę w to, co robię i wiem, że trzeba działać.

Olga Morawska, autorka książek podróżniczych, założycielka i prezes Fundacji „Nagle Sami”. Była żoną Piotra Morawskiego, himalaisty, który zginął w 2009 roku na Dhaulagiri. Dlatego od 2010 roku organizuje program wspierający młodych podróżników Memoriał Piotra Morawskiego „Miej odwagę!”

Fot. archiwum prywatne Olgi Morawskiej

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułBiotechnologia Ciekłokrystaliczna 7D
Następny artykułJak zacząć nocnikowanie?
Matylda Młocka
Redaktorka internetowego czasopisma dla kobiet VERONIQUE oraz portalu veronique.pl. Typowa kobieta, która myśli, że typowa nie jest. Obserwuje świat i pisze o tym, co ją boli i denerwuje. Potrafi też pochwalić. Po godzinach sportowiec amator i kulinarny eksperymentator. www.viszacecycki.blogspot.com