Polub nas na Facebooku

Pierwsze objawy pojawiły się jeszcze w podstawówce, choć najgorzej było w liceum. Brzuch nie był idealnie płaski, uda jakieś za duże, a tyłek jakby za nisko. Moje ciało się zmieniało, ale nie przypominało tych z Bravo czy MTv. Koleżanki też jakby wyższe, zgrabniejsze…  Kompleksy rosły, pewność siebie malała. Choć pierwsze symptomy syndromu ciała idealnego pojawiły się – tak jak w większości przypadków – gdy byłam nastolatką, to dziś doszukuję się jego przyczyn znacznie wcześniej.

fot.: William Rndles, unsplash.com
fot.: William Rndles, unsplash.com

Pierwsza miłość

To ona była pierwszym ideałem, pierwszą podziwianą kobietą, ciałem idealnym. Kochałam jej blond włosy, oczy w odcieniu oceanu i nieschodzący z twarzy uśmiech ukazujący równiutkie, śnieżnobiałe zęby. Jej sylwetka – wysoka i smukła – wryła się w (nie tylko) moje postrzeganie kobiecego ciała i (nieświadomie) przyjęłam ją za synonim piękna i perfekcji i – przede wszystkim – za coś MOŻLIWEGO DO OSIĄGNIĘCIA.  Taka była i jest – nienaruszona przez czas, wiecznie młoda (choć już ponad sześćdziesięcioletnia )Barbie. Mimo, że pierwowzorem Barbie była lalka dla dorosłych – ta mimochodem stała elementarzem kobiecej sylwetki dla dorastających dziewczynek i ikoną kobiecego piękna.

Wtedy była ideałem, dziś – karykaturą. Teraz widzę, że jej nogi są nienaturalnie długie, tym smuklejsze bo chyba pozbawione kolan, talia osy wydaje się nie mieć kilku par żeber, biust nienaruszony grawitacją a stopy na tyle małe, że w rzeczywistości nie uniosłyby tak wysokiej sylwetki. Twarz idealna – owalna, symetryczna, bez niedoskonałości, z wyrazistymi kośćmi policzkowymi, wydatnymi ustami i olbrzymimi oczami – mokry sen chirurga plastycznego. Kto tak wygląda? Nikt. A jednak (a może dlatego właśnie) pokochał ją cały świat.

Pokochałam ją i ja…

… ale metr sześćdziesiąt trzy, ramiona szersze niż biodra i masywne uda nijak jej nie przypominały. Nie, nigdy nie porównywałam się z Barbie, ale z innymi pięknymi kobietami – modelkami, aktorkami, gwiazdami muzyki – tak. Nigdy nie zastanawiałam się ile te kobiety przeszły, by wyglądać tak, jak wyglądały. Jakie historie ukształtowały te smukłe ciała, ile operacji, kuracji, głodówek? Nie doszukiwałam się w ich idealnych kształtach rosnącego udziału photoshopa. Zachorowałam na ciało idealne i dlatego czułam się…

Wciąż nieidealna

Choroba postępowała. Na szczęście nie popadłam w żadne zaburzenia odżywiania. Za to popadłam w długotrwałe niezadowolenie z siebie – nie tylko w sferze cielesnej. Niezadowolenie z ciała rozprzestrzeniało się najpierw stopniowo, wręcz niezauważenie na inne obszary, by w pewnym momencie okazało się, że zainfekowane są miejsca wcześniej uznawane za zdrowe. Pewność siebie pikowała w dół, wiara we własną wiedzę, inteligencję i umiejętności – mimo sukcesów na studiach – wręcz pełzały po ziemi.

Przez wiele lat nie byłam zadowolona z własnego ciała. Zakrywałam znienawidzone. Uda chowałam pod długimi spodniami nawet latem. Na wakacjach, na oddalonej o tysiące kilometrów od Warszawy plaży przykrywałam się pareo. Nawet w najgorętsze dni nie pozwalałam sobie na szorty ani bikini. Próbowałam schudnąć, ale ta terapia nie przynosiła oczekiwanej poprawy, a jedynie bolesne efekty uboczne. Czy było to złe „leczenie”, czy może próbowałam walczyć z objawami a nie przyczyną choroby… Wszelkie nieudane wysiłki kończyły się zajadaniem powstałego przez „odchudzanie” stresu. Popadłam w obsesję. Ważyłam się codziennie, a nawet kilka razy dziennie – po porannej toalecie, przed posiłkiem, po posiłku… Liczyłam BMI za każdym razem, gdy waga drgnęła w górę lub w dół i mimo, że parametry były w normie, ja czułam się źle. Zawsze byłam „ZA”. Za gruba, za niska, za brzydka.

Po 29. urodzinach zapisałam się na siłownie. „Zrób sobie prezent na 30-tkę. Schudnij i wreszcie bądź idealna” – rzuciłam sobie wyzwanie. Prawda była jednak taka, że skoro moje wcześniejsze wysiłki nie przynosiły efektów, więc i teraz się ich nie spodziewałam. Ćwiczyłam, pociłam się i… patrzyłam szczuplejsze. „O… ta ma piękne ciało. Takie chcę!” – ukradkiem podpatrywałam inne kobiety, marząc o tym, by mieć ich ciało.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułLasagne – jedno danie, 1000 możliwości
Następny artykułDopasuj biżuterię do dekoltu
Weronika Dębowska
Redaktor naczelna magazynu VERONIQUE. Mówi o sobie "umiarkowana feministka". Fascynują ją odważne i nietuzinkowe kobiety śmiało idące przez życie. Lubi śledzić nowinki modowe. Stara się prowadzić zdrowy tryb życia, ale nie popada w paranoję. Kocha podróże - te dalekie i te całkiem bliskie. Szczęśliwa (choć nieidealna) mama dwójki szkrabów. Założyła VERONIQUE chcąc się dzielić z innymi kobietami wszystkim tym, co uważa za wartościowe.