Agnes Violin – pierwsza polska wirtuoz diamentowych skrzypiec elektrycznych

Polub nas na Facebooku

Kalendarz ma zapełniony na najbliższych kilka miesięcy. Nic dziwnego. Zjawiskowa – drobna, o delikatnej urodzie, zawsze w pięknej sukni lub efektownej kreacji dostosowanej do tematyki show. Eksplozji energii, jakiej doświadczamy podczas każdego jej koncertu, spodziewają się tylko ci, którzy już widzieli i słyszeli AGNIESZKĘ FLIS.

rozmawiała: Weronika Dębowska

10431544_617975948315062_2288248299818857645_n1
zdjęcie: Photography With Love www.danilowiczm.pl

Jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką?
Bardzo wcześnie. Cała rodzina była umuzykalniona. Rodzice są muzykami – mama wokalistką, a tata gitarzystą basowym. Oboje poszli w kierunku muzyki rozrywkowej. W domu zawsze brzmiały standardy jazzowe. Jako dziecko zaczęłam kształcić się klasycznie, choć i mnie ciągnęło do muzyki rozrywkowej, bo to muzyka dla szerszego grona odbiorców niż muzyka klasyczna.

Tańczyłaś też w balecie, śpiewałaś…
Tak, ale rodzice bardzo pilnowali, żebym nie próbowała łapać wielu srok za ogon i skupiła się na skrzypcach.

Jak narodził się pomysł na Agnes Violin i diamentowe skrzypce?
Już po zakończonych studiach zgłosiłam się na przesłuchanie na statek transatlantycki. Szukali kwartetu klasycznego. Dostałam tę pracę. Wprawdzie grałam w kwartecie klasycznym, ale to tam miałam okazję po raz pierwszy zetknąć się z produkcyjnymi show muzyków. Zobaczyłam, jak fantastyczną reakcję wywołuje muzyka grana przez solistów (pianistów lub skrzypków) grających muzykę klasyczną w oprawie rozrywkowej. Wtedy zrozumiałam, że to jest właśnie coś dla mnie. Zakończyłam przygodę z kwartetem, zaczęłam robić solowe show i poczułam się jak ryba w wodzie!

Jakie są Twoje wrażenia z pracy na statku?
Życie na statku bardzo wciąga – przypomina życie w złotym zamku, gdzie wszystko ma się podane jak na talerzu. W pewnym momencie powiedziałam „stop”, bo poczułam że realne życie ucieka mi gdzieś przez palcami. Zaczęłam szukać swojego miejsca na scenie w Polsce – grałam w Filharmonii. Podobała mi się ta praca, ale moja sceniczna natura zaczęła wyraźnie o sobie przypominać. Postanowiłam więc spróbować przenieść to, czego nauczyłam się na statku na nasz polski, nota bene trudny, rynek. Udało mi się stworzyć pierwszą w Polsce formację, w której diamentowe skrzypce elektryczne grają główną rolę, a towarzyszą im tancerze, tancerki, wspólny układ choreograficzny, gra świateł i inne efekty specjalne.

Diamentowe skrzypce elektryczne to nietypowy instrument…
Tak. Poza tym jestem prawdziwą przysłowiową sroczką, lubię ładne rzeczy i błyskotki. Jakiś czas temu, chcąc uświetnić swój strój do tańca, wyklejałam kryształkami Svarowskiego buty i zaświtała mi myśl, że to samo świetnie by sie prezentowało na skrzypcach. Instrument musiał być odpowiednio przygotowany do takiej metamorfozy. Najpierw trzeba było zedrzeć brązową farbę i polakierować części plastikowe. To akurat robił mój narzeczony. Wykorzystał do tego spray do karoserii samochodowej (śmiech). Wyklejeniem skrzypiec pięcioma tysiącami kryształków Svarowskiego zajęłam się ja. Wszystko robiłam cieniusieńką pęsetą. Oczywiście wcześniej zasięgnęłam porady lutnika. Skrzypce są wciąż nieskończone, ale przypuszczam, że zanim je skończę, będę miała nowe (śmiech). Mam już nową wizję – jeszcze bardziej spektakularnych, z jeszcze większą ilością kryształków. Wszystko, czego jeszcze potrzebuję, to czas.

zdjęcie: Kamil Kuklak
zdjęcie: Kamil Kuklak

Czy dla muzyka skrzypce elektryczne są trudniejsze?
Według mnie tak. Skrzypce akustyczne mają pudło rezonansowe i dźwięk zawsze się obroni, nawet jeśli coś się źle pociągnie smyczkiem po strunach. Na skrzypcach elektronicznych słychać wszelkie, nawet najmniejsze niedociągnięcia dźwiękowe i artykulacyjne. Dlatego uważam, że są trudniejsze. Nie ma szerokiej amplitudy brzmienia jak w skrzypcach akustycznych. Ja staram się osiągnąć brzmienie jak najbardziej zbliżone do akustycznego, dlatego moje skrzypce przeszły wiele przeróbek elektroniki.

Jesteś wszechstronnym muzykiem. Grasz różną muzykę. W czym odnajdujesz się najlepiej?
Gdy przygotowuję jakiś utwór, zatapiam się w niego tak bardzo, że mam wrażenie, że mogłabym go grać do końca życia. Przed chwilą grałam utwór celtycki, jeszcze wcześniej Vivaldiego w stylu techno i V symfonię Beethovena w stylu rockowym… Uwielbiam improwizować. Lubię grać różną muzykę i lubię nowe wyzwania. Niedługo, podczas jednego z moich show będę grać muzykę chińską. To dla mnie nowość. Sama będę przygotować linię skrzypiec dla tej muzyki, co zresztą robię bardzo często. Z łatwością komponuję ścieżki dzwiękowe skrzypiec do róznych utworów, które później wykonuję.

Podczas swoich występów grasz różną muzykę, ale i wyglądasz niebanalnie…
Tak, wszystko na potrzeby show. Często robimy przedstawienia tematyczne. Jednym z pierwszych takich występów było show filmowe, gdzie razem z tancerzami wcielałam się w postacie z różnych ekranizacji. Grałam muzykę ze ścieżek filmowych począwszy od „Piratów z Karaibów”, poprzez najbardziej znane utwory muzyki filmowej, aż do muzyki z filmów militarnych, gdzie ubrana w moro wprowadziłam na scenę komandosów. W trakcie przedstawienia była muzyka z Moulin Rouge. (Ja uszyłam spódnice tancerkom). Występ zakończyłyśmy jako funkcjonariuszki tańcząc do muzyki z „Policjantów z Miami”. Dotychczas moim największym show była „Inwazja” inspirowana „Gwiezdnymi Wojnami”. Łódzki klub, w którym odbyło się show pękał w szwach! Cała inscenizacja przedstawiała walkę o moje diamentowe skrzypce. W przedstawieniu wzięli udział szturmowcy z polskiego oddziału legionu
501 – międzynarodowej organizacji zrzeszających tysiące fanów „Star Wars”. Ja wyglądałam niczym księżniczka Leia – charakterystycznie upięte włosy, biała szata, pas ze srebrnymi zdobieniami… Wszystko to – cały strój, makijaż i fryzura – było moim dziełem, jak większość stroi scenicznych, w których występuję ja i towarzyszący mi tancerze. Zawsze mam swoją wizję i nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mógł to zrobić za mnie.

Scenariusze tych występów to również Twoje dzieło?
Tak. Mój narzeczony pomagał mi podczas tworzenia „Inwazji”. Większość pomysłów jest moich. Jestem też swoim managerem, często zajmuję się strojami. Dużo pracuję i dużo ćwiczę. Zarówno parę godzin dziennie na skrzypcach jak i na siłowni (śmiech).

Czego Ci życzyć?
Chciałabym zrealizować wszystkie moje pomysły skrzypcowe, żeby na starość móc z czystym sumieniem powiedzieć sobie samej, że zawodowo osiągnęłam wszystko to, czego chciałam.

vq-2-15-AVArtykuł ukazał się w internetowym magazynie dla kobiet
VERONIQUE 02/2015.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułOdwyk(nąć) od prefekcjonizmu
Następny artykułPij na zdrowie… POKRZYWĘ!
Weronika Dębowska
Redaktor naczelna magazynu VERONIQUE. Mówi o sobie "umiarkowana feministka". Fascynują ją odważne i nietuzinkowe kobiety śmiało idące przez życie. Lubi śledzić nowinki modowe. Stara się prowadzić zdrowy tryb życia, ale nie popada w paranoję. Kocha podróże - te dalekie i te całkiem bliskie. Szczęśliwa (choć nieidealna) mama dwójki szkrabów. Założyła VERONIQUE chcąc się dzielić z innymi kobietami wszystkim tym, co uważa za wartościowe.